© 2019 Marcel Marcin Marczuk

24 miesiące teraźniejszości

#23 – O boogie-woogie

- 2019.07.04

6.05.2019

O boogie-woogie

Tymczasem tęcza na aureolach i aresztowania. Jedni mówią, że nagonka na katolików, że prześladowania, a drudzy mówią, że tak właśnie! Że za to wszystko, co zrobili i robią dalej. To tamci prześladowani aresztują jednorożce i robią rytuały palenia książek o czarodziejach. Jakieś burze ideologiczne, jakieś zakłócenia wolności, jakieś napieranie z każdej strony. Starcie tych z tamtymi. Regularna wojna idei. Krzyż kontra tęcza. Fight! Zjawisko pogodowe przyjęte za ideologię różnorodności robi zamieszanie koncepcyjne, że aż łupie w krzyżu. Jak wygrają jedni to kolory będą zakazane. Jak wygrają drudzy to kolory dozwolone, ale znaki krzyża zakazane. Strasznie niedojrzałe ideologie. Wielu z nas oczekuje, że w niemal dwudziestych latach 21 wieku takie rzeczy nie powinny się już dziać. Powinniśmy już świadomie rozumieć, że to wszystko to tylko koncepcje. Powinniśmy umieć się dogadać. Tymczasem jest jakaś walka o udowadnianie swoich racji, bo to jedyna racja i wszyscy musza to przyznać. Katedry płoną, filmy o pedofilach księżach szturmem podbijają internet. Jadę puławską, na przystanku autobusowym plakat z jakimś mężczyzną mówi mi wielkimi literami: Jestem synem księdza. Mało mnie to niby obchodzi ten katolizm i ci tęczaści. Myślę sobie, na krzyżu umierają ludzie przykuci brutalnie gwoździami przez innych ludzi, a inni na to patrzą i się do tego modlą. A tęcza to bardzo przyjemne zjawisko optyczne zaprojektowane przez to, co nazywamy Bogiem. Hmmm. To jednak po stronie tęczy szukam swojego garnka ze złotem.

Kwiecień upłynął nerwowo do połowy i bardzo spoko od połowy do teraz. Zapomniałem już kwiecień w szczegółach. Mnóstwo pracy i mnóstwo chorób. Przewlekłe, przeciągłe, przeziębienia. Kaszle, katary i w łóżku leżenia. Podróże do Białegostoku, do Poznania. Praca. Sztuka. Projektowanie. Katar. Tyle pamiętam. Mocny fokus na celach. Oczyszczanie organizmu i zrzucanie kilogramów. Motywacja i wręcz presja do zmian. Zawziętość w każdym mięśniu mojego ciała. Płonę energią. Obudził się z rykiem lew we mnie. Wojownik. Ten baran, przywódca stada. Z rozpędu przebijam mury. Poczucie niepowstrzymanej siły, która manifestuje się przeze mnie. Zaciskam zęby i napieram. Nie odpuszczę. Muszę przebić się przez samego siebie. Do tej wersji siebie, którą zawsze chciałem być. Nagle teraz orientuje się, że już jestem nią. Niepowstrzymany. Patrzę na ostatnią dekadę swojego życia i myślę:

– Zobacz ile osiągnąłeś. Zbudowałeś wszystko od zera. Bez szkoły, kursów, bez ludzi i wsparcia. Za minimum, za nic. Zbudowałeś wszystko sam! Zobacz, jakie to piękne. Jestem z ciebie dumny.

Ale to nie wystarczy. Chcę iść dalej, gorliwiej, płonąc bardziej, wybuchać mocniej, głodny jak nigdy wcześniej. Głodny nowego standardu, nowej energii, nowego JA. Głodny sukcesu. Rakieta balistyczna w sam środek własnego serca. Elektryczne myśli, naładowane pozytywnie. Szok! Wstrząs! Epicentrum jest we mnie. Kropki zaczynają się łączyć. Nieokiełznany czuję się. Niezniszczalny. Nie na poziomie ego, tylko na poziomie spokoju serca. Ego wchłania się we mnie. Integruje. Aż mi się ciepło robi jak o tym myślę. To już prawie 2 lata, jeszcze chwila. Miłość tańczy z moim życiem. Miłość tańczy ze mną. Dziś mija 13 lat jak w miłości wzrastamy we dwoje z Ewą. 13 wspólnych lat. Rocznica. Dzień, jak co dzień. Kochamy się nie bez zawirowań, ale wciąż wybieramy siebie.

W końcu przestałem golić włosy na głowie, co dwa tygodnie na 3 milimetry. Rytuał dobiegł końca. Odrastają. Fryzura przejściowa. Nie wiem jeszcze, do czego, ale rośnie. Radośnie. Wróciłem do pompek. Zacząłem chodzić na siłownię pod chmurką. Utrzymuję w ryzach fokus. Szukam punktu motywacyjnego tak wspaniałego żeby przyciągał mnie do siebie. Medytuję rzadziej, ale powoli wracam do tej praktyki. Planuję następną wystawę, szkicuję eksponaty. Jaram się jak dziecko, kiedy nagle widzę w głowie to, co mogę zrobić i rozumiem, po co. Po miesiącu pisania z człowiekiem z polskiej fundacji sztuki na Instagramie umówiliśmy się na spotkanie, żeby pogadać o tym czy mamy pole do współpracy, czy mam coś do powiedzenia, kim w ogóle jestem i czy warto mnie wystawiać. Czekałem 30 minut. Nie przyszedł. Wystawił mnie. Czyli jakby o to chodziło. Warto mnie wystawiać. Kontakt się urwał. Cisza. Żadnych wyjaśnień. Po prostu cisza. Widzę, że przeczytał to, co do niego napisałem. Tak bywa. Zdarzyło mi się to już parę razy. Uodporniłem się. To nadal zawsze wkurwia jak ktoś tak robi, ale teraz po prostu jadę dalej. Może bardziej tańczę dalej. Bo życie to nie podróż, to taniec. Podróżuje się skądś dokądś, natomiast tańczy się dla przyjemności.

Codziennie

Często ludzie mówią: Żyj jakby to był ostatni dzień twojego życia. Gdyby to był mój ostatni dzień z pewnością bym nie zmywał, nie sprzątał, nie pojechałbym na spotkania z klientami, z dziećmi nie poszedł na spacer do koparki, nie siedziałbym przy komputerze i nie projektował, nie martwił się wiecznie rosnącą górą prania i nie umawiał do dentysty na piątek. Gdyby to był mój ostatni dzień wielu rzeczy bym nie zrobił dziś. Siedziałbym z rodziną i patrzył na zachód słońca nad morzem. Ale gdyby dla odmiany to był mój pierwszy dzień to zrobiłbym to sprzątanie, to zmywanie, to pranie, odebrałbym dzieciaki ze żłobka, zrobił zakupy, przewinął kupy, pomiędzy tym spotkania zaliczyłbym celująco, pełen entuzjazmu eksplodowałbym uczuciami, obecny w każdej minucie, tętniący życiem, bo to mój pierwszy dzień, okazja, aby być dziś najlepszą wersją siebie. Na dwieście procent. Wieczorem przed zaśnięciem zdałbym sobie sprawę, że ten dzień to zarazem pierwszy i ostatni dzień mojego życia. Codziennie. Dzień dobry.

Prev Post:

#22 - Wojna

Next Post:

#24 - Excalibur