#9 – 24 miesiące teraźniejszości

08.03.2018

9

Wahanie

Ten moment, kiedy wszystko się powolutku układa. Kiedy patrzę na pracę, którą wykonałem, drogę którą przeszedłem i myślę, że jest dobrze. Zaraz potem wpada do głowy myśl, że jak jest dobrze to można trochę wrócić do starych przyzwyczajeń, przecież było mi z nimi miło. Może trochę można, tak od czasu do czasu pofolgować, odpuścić, wrzucić na luz. Ostatnio folgowałem niedawno, 24 lutego. Dziś korciło mnie znowu. To się dzieje w takie dni, w których energia jest na skraju wyczerpania, a ja biegnę dalej. W domu hałas i dzieci płacz chorobowy, a ja biegnę dalej. Biegnę i myślę o tych nagrodach tymczasowych czekających na mecie tego dnia, po dwudziestej godzinie, kiedy dzieci już śpią w łóżkach, że tam gdzieś będzie oddech i redukcja do marszu, do wolnego spaceru, do zatrzymania, usiądnięcia, położenia się. Jak już leżę to fajnie będzie ogarnąć jakieś piwo, wino, wiski, zapalić i do tego film, który odkładamy od tygodnia na moment kiedy będzie na niego czas. Waham się czy iść do sklepu, czy zostać. Czy? Czy nie? I zostaję w biegu, bo przypominam sobie trwale tatuując w pamięci, że takie myślenie, takie działanie doprowadziło mnie do punktu, z którego parę miesięcy temu wyszedłem aby ruszyć w drogę do siebie w wiecznej teraźniejszości mojego życia. Kiedy pomyślę o tym, że tak tylko troszkę, po prostu przechodząc niedaleko, czasem wstąpić w odwiedziny do starych przyzwyczajeń to znów jakbym wyruszał w drogę od siebie, do przeszłości. Już tam byłem, już to się działo, już to przeżyłem, ta pętla trwała wielokrotnie przez wiele lat. Była miła, ale przestała mi służyć. Odprowadzała mnie ode mnie do poczekalni, na łąkę na której masy ludzi odpoczywają od siebie, w przerwie od bycia. Mentalność, która wyczekuje piątku, piątunia, piąteczku aby zrobić przerwę od życia codziennego, zabić czas w łikendowym amoku eskapad aż do popołudniowych poranków w niedzielę. Śniadanie instant o 17, gry wideo i najlepiej ja leżę, a niech świat się dzieje przed moimi oczami, niech się coś animuje dla mojej uciechy. Osiem odcinków ekranowego życia na krawędzi… kanapy. Jutro znów poniedziałek i się zacznie. Ale to nawet nigdy nie byłem ja. 9 lat temu zostawiłem etat aby gonić marzenia. Wpadłem w coś jeszcze innego. Wiecznie w pracy, wiecznie w działaniu. Wieczorami trzeba się wyładować, najlepiej nie przerywając pracy. W pewnym momencie wpadłem w pętlę komfortu pracy i imprez, a potem pracy i imprezy jednocześnie. W małej skali czekanie do piątku to czekanie do wieczora. Co ja nie ogarnę? Ogarnę. Bęc. Już mnie tam nie ma. Nie ma sensu do niczego wracać. Ludzie pytają mnie – no i co jak skończysz te 24 miesiące to znów będziesz mógł pić i palić i używać? A ja myślę, że nadal czasem piję, czasem palę, wychodzi średnio raz na dwa miesiące, staram się utrzymać dystans, powiększyć go, bo za każdym razem czuję niebezpieczeństwo tego, że jak rzucasz wszystko i raz na jakiś czas to robisz to jest najkrótsza droga aby stare przyzwyczajenia krok po kroku wróciły na stałe do menu mojego życia. Jeżeli po 24 miesiącach tej podróży będę chciał wrócić do czegokolwiek to nie byłoby sensu w ogóle wychodzić.
W nowej codzienności najgorsze jest wahanie, które jak bumerang przelatuje, co jakiś czas przez myśli. Cena za 20 lat, dzień po dniu budowanych przyzwyczajeń i nieświadomych relacji z używkami. Okazało się, że każda rzecz, którą robię tworzy powtarzalny wzór. Z perspektywy czasu dopiero widać jak te wszystkie wzory obrastają mnie jak wiekowe mchy gęstą siecią korzeni na północnych ścianach kamieni górskich. Nie jest łatwo wszystko to zedrzeć, zrzucić, a jak już się to zrobi to pozostaje wahanie. Bo nic innego już nie zostało. Tylko ja. Dziś już silny. Patrzę jak wahanie wymyśla powody dlaczego warto na chwilę wrócić. Patrzę, aż to wahanie odlatuje z niczym. Wiem, że nie warto. Nie ma po co, do czego. Tam gdzie idę nie ma już miejsca na to wszystko. To co teraz ze sobą niosę to wielkie serce, które bije miłością do rodziny, do ludzi, do świata. Żeby zanieść je aż do końca, coś muszę odpuścić, odłożyć, uwolnić z rąk, zrzucić z siebie, z tego serca wyjąć. Dla rodziny. Dla siebie. Robię to bez wahania.

Wielkie oddziaływanie małych ludzi.

Jest niedziela siedzimy na śniadaniu. Ewa śpi, karmię oboje dzieci. Na śniadanie myszka dla Lili i klocek dla Mikołaja. Patrzę na nie spokojnie, robię im zdjęcie i przychodzi do mnie to stwierdzenie „wielkie oddziaływanie małych ludzi”. Odbijam się w nich niesamowicie, potężnie. Po raz pierwszy w życiu widzę czysto to kim jestem, moją esencję i tą nadbudowę postaci. Przy nich ważę bardziej moje gesty i słowa. Kiedy przy nich myślę o rozumieniu rzeczy to wracamy do podstaw: tak to jest kartonowym przedmiot o 6 ścianach, w którym przechowujemy rzeczy, a karton to grubszy papier, papier to przetworzone miazga zrobiona z drzewa, a dzewo to… W skrócie pudełko. Nagle powtarzam sobie i im genezę rzeczy, docieramy do sedna. Tak jak dzięki nim docieram do sedna samego siebie. To kim jestem i kim będę nagle ma olbrzymie znaczenie już nie tylko dla mnie. Teraz o wiele bardziej ma dla mnie znaczenie to dokąd zmierzam i jak tam dojdę, kim stanę się w procesie podróży i kim będę dla nich. Kim jestem. Jestem synem i jestem ojcem. Obie te perspektywy pokazują mi kim chce być dla swoich dzieci. Tatą, tatusiem. Tym pewnym, ciepłym, mocnym i łagodnym, ze stali i troskliwym, aktywnym i motywującym, oparciem i szczerością, tym człowiekiem, który zawsze będzie z nimi razem z Ewą i wielkim sercem, wdzięczny za to największe oddziaływanie jakim mnie obdarzyły najmniejsze istoty w moim życiu. Dziękuję. Dobrej niedzieli.