#21 – Ucieczka od teraźniejszości

04.11.2018

Ucieczka od teraźniejszości

Zacznę tu i teraz. I już mnie tu nie ma.

– Czym w ogóle jest teraźniejszość? – pytam.

– To stan mojego bycia pozbawiony wszystkich przeszkód i barier, które stwarzam. To stan poddania się chwili teraźniejszej i wszystkiemu temu, co razem z nią przybywa poprzez życie do mnie. To, co przybywa to dary dla mnie abym mógł lepiej zrozumieć to, kim i czym jestem. Dary. Prezenty. Podarunki. Idealne dla mnie teraz abym mógł zrobić kolejny krok. Dokładnie to, czego potrzebuję. To trzej królowie wiecznie przybywający na moje nieskończone, boskie narodziny, z najcenniejszymi darami dla mnie, aby służyły w nieustającym życiu, którym jestem. To rzeczywistość, która wydarza się przed moimi oczami, dla moich zmysłów, aby poprowadzić mnie drogą wolną od oporu, od zmagań i trosk. To język Boga, który bezustannie wyzywa mnie na wspinaczkę, na wyżyny samego siebie. To żywy dialog. Konwersacja. A moja odpowiedź to wieczna modlitwa. Modlitwa o to cokolwiek, czego pragnę i pożądam. Modlitwa do tego, co jest i co chcę żeby było. Każdy ruch i gest. Każde słowo i myśl. Idea i lenistwo bezprecedensowe. Każdy wdech i wydech i najmniejszy ruch choćby nawet rzęsą. To modlitwa. To życie. Dzieje się wiecznie teraz. Zawsze wywołany do tablicy, bezustannie odpowiadam, co czuję. Przed samym sobą. Nie słowami, myślami, zdaniami. Gestami, uczuciami, czynami się modlę. Byciem się modlę. Do jedynego boga. Do źródła, które płynie we mnie. Do siebie. Teraz. Bo teraz staliśmy się jednością. Zlani w jedno ciało. W moje ciało. Nasze ciało. Teraz. Nie mam jednego życia do przeżycia. Jestem jednym życiem. Wiecznie teraz. To nie ja żyję swoim życiem. Teraz to życie żyje mną. Tym łatwiej i piękniej, kiedy usunę ostateczną przeszkodę z drogi wolności. Siebie. Kiedy przestanę sobie przeszkadzać. Kiedy moje ego, moja postać idzie spać, budzę się ja. Ja jestem tylko teraz. Nie ma mnie tam gdzie kluczysz w przeszłości, rozpamiętujesz. Nie ma mnie tam gdzie rozmyślasz o przyszłości, o rzeczach niewydarzonych. Jestem tam gdzie z otwartymi ramionami witasz chwilę obecną i cokolwiek z nią przychodzi. Bez żadnego sprzeciwu, oporu i zawahania. Jesteśmy wówczas jednym. Sobą. Życiem. Pulsem, wibracją serca. Oddechem. Wdech. Wydech. To ja. To ty. To my. Jesteśmy. Teraz. To nie jest żadna wiara ani religia. To tylko bycie życiem. To życie byciem. To zaprzestanie bycia ofiarą, której przytrafia się życie. To bycie istotą życia, która w ramiona czułości bierze wszystko to, co do niej przychodzi. I kocha. Bo bycie tu i teraz to bycie miłością. Akceptacją. Odpuszczeniem.

– Wyczerpująca odpowiedź. Czy prawdziwa?

– A kogo pytasz?

– Siebie.

– A co to znaczy odpuszczenie? Akceptacja? Miłość? Że mam wszystko przyjąć nawet bzdury i kołtuny. Że mam zaakceptować ten parszywy stan rzeczy? Pokochać wroga, złodziej i mordercę?

– Stan rzeczy jest stanem rzeczy. „Parszywy” to twój dodatek, określasz go tak, kiedy go nie akceptujesz. Jeżeli on jest, to już jest. Nie ma sensu się z nim kłócić, nadawać mu negatywnych skojarzeń i etykiet, nie ma sensu marnować energii, aby go nie akceptować. To wszystko atrybuty przeszłości. Dzieją się wstecznie, niczego nie zmieniają na lepsze, robią hałas w twojej teraźniejszości, przez co nie ma cię tu, a tam już nie możesz być. Ten stan rzeczy, trzeba go przyjąć, bo on już jest. Bzdury i kołtuny to też tylko dodatki. A pokochać wroga? Ten wróg jest wrogiem, bo niczego innego nie pragnie jak być kochanym, stać się przyjacielem. Ten wróg jest w tobie, nienawiść jest w tobie i miłość jest w tobie. Wybierz gdzie chcesz iść. Miłość buduje, nienawiść niszczy. Z wrogami się walczy z przyjaciółmi się bawi.

Oto wielka przygoda twojego życia. Dzieje się teraz. Dzieje się w mikro i makro decyzjach, którymi jesteś. Dzieje się dla ciebie i przez ciebie. Tutaj i teraz istnieje wszystko to, czego potrzebujesz, aby się uwolnić od przeszkód, które stwarzasz. Wdech. Pierś się unosi. To, co jest, to jest. Gdzie dalej chcesz zabrać wielką przygodę swojego życia? Co chcesz uczynić swoją teraźniejszością? Teraz. Ktoś kiedyś powiedział mi, że nie chodzi o to, kim jesteś, ale o to, kim możesz się stać. Kim chcesz się stać. Stajesz się. I znów jesteś. Teraz. Wydech.

Ale teraz to jestem daleki od teraźniejszości. Uciekam ile sił od teraz. Pełna niezgoda na to, co się dzieje. Parszywość po całości, w każdej najmniejszej chwili. Kaszlam tak, że ciężko skupić myśli. Fluk zawija się na nosie. Dzieci od 3 tygodni chorują. Każde na coś innego. Siedzą w domu i czeszą nas pod włos. Dziś o tym myślałem, że totalna niezgoda, po prostu NIE! Usiadłem na łóżku, zamknąłem oczy i pomyślałem, że nie mam już siły się na to wściekać i z tym walczyć. Musze jakoś spacyfikować to wkurwienie na rzeczywistość, która do mnie przychodzi. Zacząłem oddychać. Trochę pomogło. Bywam w teraźniejszości, ale dziś pełen opór, barykada, wściekłość i chęć wyburzania budynków, miast, planet. Niszczyć, bo wszystko mi wrogiem. Nie dotykaj, bo odgryzę głowę! Bo połamię rękę, urwę nogę i zjem gryząc jak doberman. Mocno. Słyszysz jak pękają kości? Jak kawałki mięsa szeleszczą ścięgnami. Nie dotykaj. Odejdź. Zostaw mnie. Aż cały dom cichnie. Wszyscy już śpią. Biorę pędzel, farbę i siadam do malowania. Wdech. Zataczam długie łukowate kreski. W parę minut cała ta pokurwiona energia z całego dnia wytraca się na płótnie. Punkt zero. W totalnej ciszy ze sobą. Powoli się odbudowuję. Rośnie serca bicie. Radość. Kaszel ustał, katar znikł. Teraz jestem teraz. Fale białej farby zawijają się w pączki, w torusy. Kwitną jak nieznane kwiaty w pustych przestrzeniach czarnego podkładu. Balans.

Chorowanie z dziećmi to ciężki temat. Wydech. I od początku.

A one po prostu są

Jak płaczą to płaczą z zaangażowaniem. Jak się śmieją to do rozpuku. Jak bawią się to na całego. Przewracają dom do góry nogami. Mikołaj gryzie. Lila nie popychaj. Robią fikołki. Wyluzowane. Córka i syn. Pieluszki zmieniamy na zmianę. Czasem czeszą nas pod włos. Czasem aż do skóry, do czaszki, do krwi. Częściej z włosem. Miękko, dłonią, pełnym okiem patrząc, uśmiechami szeptając. 13 kwietnia będą z nami na świecie dwa i pół roku. Wieczność. Stare życie zatarło się, zakurzyło na strychu. To już permanentne. Przybyły tu na dobre. Z nicości, z niebytu, z bezformy, z bezczasu, z kosmosu naszych serc. Zmaterializowały się w Ewie, potem wyjęli je na zewnątrz. Dwie obce istoty z kosmosu weszły w nasze życie z butami, nałożyły kurtkę, szalik, czapkę-pandę i poszły do żłobka i zaczęło się chorowanie. Chorujemy rodzinnie. Najpierw one, potem ja, teraz Ewa, znowu ja i one jeszcze raz. To zaraźliwe. Wpadliśmy w chorobową pętlę. Po 3 tygodniach chorowania, były w żłobku 3 dni. Pętlę. Rozłożeni na łopatki na macie swojego życia. Ruch przychodzi z wysiłkiem, ale pełna mobilizacja, leże i tańczę. One sobie siedzą. Oglądają bajki o koparkach albo o świnkach Pepach. A jak się laptop zmęczy to biegają z pokoju do pokoju przenosząc wielkie kanapowe poduszki. Fikołki. Skoki. Lila zostaw Mikołaja. Robimy cacy. Głaskamy się, nagle porywa nas kółko graniaste, czworokanciaste. Stary niedźwiedź mocno śpi. Chrapie. Łapie. Wszystko jest najprostsze. To jest jawor, a to Jaworowi Ludzie. Co wy tu robicie? Budujemy mosty. Łącza pomiędzy teraźniejszością, a przyszłą chwilą obecną. Teraz. Cały czas. Potem palimy za sobą mosty. Nie ma powrotu. Jest tylko teraz i my jesteśmy. I one są z nami. Są. Jesteśmy.

– Jesteśmy na miejscu tatusiu. – mówi Lilia. Też tak czuję, że jestem bardzo na swoim miejscu. Dokładnie tu gdzie mam być. Z wami. Z nami. Z nimi. Ze mną. Ze sobą. Sobą.