#17 – 24 miesiące teraźniejszości

04.11.2018

Autoportret

W moim przypadku okazuje się, że nie jest tak łatwo uciec od samego siebie. Zgubić tą budowaną latami osobowość. Myślałem, że świadomie to wszystko buduję. Myliłem się. Cegła po cegle, bez planu, siłą rozpędu wznosiłem nie dom, ale mur. Chiński, bo nic nie rozumiem z tego. Miał mnie oddzielić od tego, czego nie chcę przeżywać. Uciekłem z domu, z rodzinnego miasta do stolicy. Kombinowałem od lat jak uciec jeszcze dalej, za granicę, gdziekolwiek, byle dalej. W końcu firma, w końcu zobowiązania, budowanie sieci ludzi. Potem dzieci, kolejne zobowiązania. Aż nie dawno kompletne załamanie i próba ucieczki przed sobą. Zostawić w końcu tę część, która kurczowo trzyma się starych schematów i przyzwyczajeń. Wydrzeć z duszy. Zniszczyć. Zabić. Wściekły na samego siebie. Jak mogłem sobie to zrobić.

– Ale co?

– No właśnie, co? Nie rozumiem. Nie wiem. Nie wiedziałem. Wrzuciłem siebie w pętlę dziwnych przygód, fatalnych zdarzeń żebym mógł jak bohater filmu akcji cały czas balansować na ostrzu, prawie ginąć, ale w ostatniej chwili się ratować. Przez ileś lat to było takie wspaniałe z każdej opresji spadać na cztery łapy. Zawsze o włos. Aż się zmęczyłem totalnie. Wypompowałem. Aż zrozumiałem, że to już nie służy mi dziś. Dziś już nie chcę cały czas biec przez tor przeszkód doganiając swoje życie zasapany, zmęczony, aby za moment odpoczynku znów musieć je gonić. No kurwa nie! Stop!!! Dwa tygodnie temu. Pierwsza w nocy. Patrzę sobie prosto w oczy w lustrze w pracowni i pluję sobie w twarz. Wściekły! Gorzki. Na granicy załamania, rozpaczy. Na granicy siebie ze sobą.

– Mam cię dość! Rozumiesz. Mam dość bagażu, który nawrzucałeś mi do plecaka uczuć. Mam dość tej energii, którą ściągnąłeś do naszego życia. Mam dość. Nie mogę już z tobą wytrzymać! Zniszczę cię!!! Słyszysz. Zniszczę. – mówię do siebie wściekłym szeptem, bo cały dom już śpi, kiedy ja za moment przeżywać będę odrodzenie. Jak wyplenić siebie z siebie? Gest jakiś. Czyn. Dla mnie moje włosy reprezentują osobowość. Siła jak u Samsona. Za każdym razem, kiedy naprawdę poważnie chcę postawić granicę, zmienić coś, siebie, kiedy chcę zacząć od początku to golę głowę na krótko. Żeby zniszczyć formę, która jest tożsama z tym, co było. Zburzyć wszystko, wyrównać do zera. Od zera zaczyna się nowe życie.

Idę do łazienki, biorę maszynkę i golę ten zakuty łeb! Nierówno. Agresywnie. Prędko. Dziki szał przeżywając w sercu ze skupieniem na twarzy. Pustka myśli. Ulga. Pustka uczuć. Pustka. Z nas dwóch we mnie zostałem nagle sam. Cicho. Ciemno. Rytuał nie jest skończony, bo teraz trzeba się obmyć przyjmując rytualny chrzest wody, która zmywa mnie ze mnie. Totalnie zimny prysznic, lodowaty, powolny, aż przestaję czuć zimno i jest tylko mokro. Namydlam się z namaszczeniem, umywam się z siebie do reszty. Miło mi. Wycieram do sucha. Patrzę w swoje oczy w lusterku w łazience. Tak. Teraz to ja. Poznaję siebie.

– Cześć. – wyciągam mentalną rękę, aby się zapoznać.

Około 3 w nocy. Leżę na łóżku obok mojego śpiącego syna i teraz w pełni przeżywam odrodzenie. Teraz wiem, że jutro wstanę już sobą. Ostatnia dekada mojego życia to była dzika jazda. Mogę iść spać spokojny jak nigdy wcześniej. Wszystkie sny wszystkich ludzi omijają mnie, a mój własny nie ma zamiaru się pojawić. Adrenalina jeszcze kipi z krwią w moim ciele. MOIM ciele. Moje ciało. Moje ja. Ja.