#12 – 24 miesiące teraźniejszości

01.06.2018

12

Następny krok

To już prawie rok. Półmetek. Czuję jak wszystko wraca jak z procy w twarz chlebem dla ryb na zanętę. Czuję lato, słońce. Medytuję codziennie. Czuję jak złażą ze mnie resztki skóry mojej starej osobowości. Tego gościa, którym byłem. Typa tańczącego w chaosie swojego porządku. I boję się i chcę tego. I wraca cała przeszłość i odchodzi, bieleje, blaknie, znika jak resztki jedzenia spływające z naczyń do zlewu. Na zegarku 2:35 nad ranem. Większość ludzi wyjechała na długi łikend już. My jutro lecimy do Bułgarii z całą rodziną plus babcia. Pierwszy raz w życiu na całego, wszystko wliczone, ol inkluziw. Żeby przez moment nie gotować, nie stać w kuchni, nie musieć myśleć o tym, nie potrzebować robić zakupów i nie zmywać, sprzątać, nie troszczyć się o rzeczy. Baseny, plaże, zieleń i dziwne zdjęcia, relacje z podróży, że jesteśmy tutaj, że jest miło i fajnie. Odpoczniemy. Chyba. Nie biorę laptopa, nie ma żadnej pracy aż do 11 czerwca. Nie ma nas tu. Znikamy. Ja znikam. Mam wrażenie, że już powoli widzę jak wyłania się moja prawdziwa natura. Jak się kształtuje nowy kręgosłup, nowa osoba. Przez ostatnie 11 miesięcy odpadały warstwy, przyczepiały się nowe, wracały stare, w kółko. Teraz proces przyspiesza, silny jak nigdy. Wszystko wraca i odchodzi jednocześnie. Im silniej znika, tym mocniej wraca. Im bardziej wróciło, tym szybciej odchodzi. Wczoraj w nocy o 1:30 interweniowaliśmy z jakimś człowiekiem z ulicy do awantury domowej w mojej klatce na poddaszu. Nic się wielkiego nie stało, ale dziewczyna krzyczała przez okno „ratunku Policja”. Brzmiało poważniej niż było w rzeczywistości. Pogadaliśmy z chłopakiem. Potem przyjechała policja.

Dziś się pakowałem, w tle leciał dokument o Basquiat’cie, w głowie studnia. Nabieram wody żeby się napić. W brzuchu burczy. Jakby ten wyjazd stawał się mentalną granicą, bo wyjeżdżam jeszcze jakby z tą postacią swoją, ale mam nadzieję wrócić już bez niej. Z kimś innym. Nie, dlatego, że mi się nie podoba, dlatego, że mam ochotę na nowe rzeczy, tak prawdziwie nowe, pochodzące od zupełnie nowej myśli, nowego paradygmatu, nowych rąk przyczepionych do nowej głowy, z nowego serca płynące. Może nawet bardziej jakby obrać cebulę do rdzenia i od rdzenia zacząć kształtować nową prawdę o sobie. W rdzeniu jestem czysty i śmiały, wiem kim jestem i jaka jest o mnie prawda. Pod tymi wszystkimi warstwami przez lata zaczęła zanikać, gubić się w kolejnych ścieżkach przygód. Wracam do źródła, do wyrównania, do poziomu zero. Łapię oddech, żeby zaplanować następny krok. Następny moment. Za chwilę. Jeszcze nie teraz. Jak planuje się w wiecznym już. Tak na szybko, tak na teraz. Następny krok znów będzie pierwszym. Zawsze jest. I wszędzie. Zawsze i wszędzie i wszystko. W temacie.