© 2019 Marcel Marcin Marczuk

24 miesiące teraźniejszości

#25 – Teraz

- 2019.07.04

1.04.2019

Teraz

Całe życie towarzyszy mi poczucie, że rodzimy się na tej pokręconej planecie, aby doznać oświecenia, aby się uwolnić, masowo, wszyscy. Uwolnić się do całej miłości, która chce nas kochać. Stać się całą miłością, którą jesteśmy. Osiągnąć pełnię. Dlaczego jest to tak trudne, aby poczuć siebie w pełni. Poczuć się sobą w pełni. Aby raz na zawsze się spełnić. W samym sobie rozgościć się całkowicie. Raz na zawsze być już na miejscu. Być sobą. Tymczasem w wiecznym ruchu, na wiecznej wyprawie, w wieczności poszukując swojego miejsca, cały czas muszę podejmować decyzję, kim jestem. Szukam. Znajduję. Gubię. W podróży. Nomad ultra. Wciąż muszę się spełniać i spełniać i jeszcze raz spełniać. A jak się spełnię to szukać następnego spełnienia. Wszystko płynie. Muszę się spełniać raz po raz, jakbym jednocześnie cały czas za czymś gonił i cały czas jestem już na miejscu. Dogoniłem. I cały czas gonię. Nieustannie. Poczucie wiecznego wyścigu, pościgu, za samym sobą. Biegnę za sobą i jednocześnie uciekam przed sobą. Między nami dystans. Jezus mówi – jesteś jak dziecko. Budda mówi – medytujesz. Nie pożądasz. Nie chcesz. Nie pragniesz pragnąć. Ghandi mówi – siedzisz, obserwujesz, jesteś… Eckhart dodaje – w zgodzie z chwilą obecną. Krishnamurti mówi – prawda to kraina bez dróg. Jestem wciąż w prawdzie. Dokładnie tam gdzie mam być. A ja staje, łapię oddech. I ja też stoję, 30 metrów przede mną. Też się zadyszałem i łapie oddech.

– Hej! – krzyczę do siebie. Łapię się pod boki i dyszę. Kolka.

A ja się prostuje, oddech zamiera.

– No hej! – odpowiadam do mnie. Też pod boki i słyszę jak dyszę. Kolka.

Tego się nie spodziewałem. Ja też nie.

– Stój! – krzyczę.

– Stoję. – odpowiadam. Rzeczywiście. Stoimy.

Jest noc. Późno. Żyrandole w oknach bloków milczą czarnymi, głębokimi cieniami. Pojedyncze, pulsujące zimną gamą światła wskazują nocnych Marków. Przerwa na reklamę.

– Stój. – powtarzam z braku jakichś innych jasnych zawołań. Łapię oddech – gdzie ty uciekasz? Co? – pytam pomiędzy chustami powietrza.

– Nigdzie. – i też chełstam powietrze. – Ale ty tak zaciekle gonisz. – dodaję.

– Bo ty uciekasz gdzieś. – coraz wolniejszy oddech rozpada się na cząsteczki w moim krwioobiegu. Krąży po całym ciele nasycając komórki tą niewidzialną siłą życia – Jakoś tak uciekasz bez przerwy. – kończę.

– Bo ty tak gonisz. Bez przerwy. Może w piętkę. Gonisz w piętkę?

– No i co teraz? – pytam.

– Teraz? Teraz. No, co? Skoro już się zatrzymaliśmy to się spotykamy. Krok po kroku dystans maleje, drżysz przed tym, co nastąpi. Wiem o tym, bo i ja drżę. Już jesteś pewien, że jest to przejście. Transmisja stamtąd do tutaj. Jest to pojednanie, scalenie, złączenie. Ciebie i mnie w Nas. Cokolwiek pomyślisz i cokolwiek powiesz nigdy nie odda drogi, którą przeszedłeś. To wydarza się tylko raz. Tylko w tobie. Całe twoje życie, doceń to teraz. Bo to wszystko dzieje się właśnie dla ciebie. Oto teraźniejszość. Na twoich oczach staje się przeszłością, a ty nadal jesteś tutaj. Tu i teraz. Wciąż. Niesiony chwilą zostań wielkim entuzjastą swojego życia. W strumieniu świadomości dziękczynienia za tą obfitość, którą jesteś. Zanieś to prosto do serca, aby stamtąd promieniowało miłością wszędzie wokół ciebie. Idź przez przygodę swojego życia jakby każdy dzień był pierwszym dniem, każdy krok pierwszym krokiem, jakby każda decyzja była pierwsza, jakbyś ty był pierwotnie napełniony entuzjazmem poznawania tego cudu, którym jest życie, którym ty jesteś. „Bo kto jak nie ty mam mieć w sercu dobro” i tak idź przez życie. Wolny człowieku.

– Bang! Instrukcja obsługi człowieka. Zrobione. Wszystko jasne. Do działania. Zaczynamy ćwiczenia do oświecenia.

Bardzo chciałem, żeby to tak działało. Przeczytam te mądre książki, obejrzę te filozoficzne wykłady, zgłębię naturę rzeczywistości, odnajdę sens mojej własnej podróży. Wtedy zrozumiem i w magiczny sposób doznam spontanicznego nagłego oświecenia. Nagle doświadczę stawania się jednością ze wszystkim, co jest. Tym samym ekstrapoluję się poprzez kolejne wymiary i rzeczywistości. Połączę się z całym istniejącym we wszystkich wymiarach na raz życiem stając się strumieniem absolutnej miłości płynącym w poprzek świadomości. Zespolę z każda wersją samego siebie, a wszystko na jednym nieskończonym oddechu.

– I to tak działa. Mniej więcej. – potwierdzam.

– Ale jak? Trochę czuję, że idę i trochę sam już nie wiem. Bo idę, człapię, gdzieś tam przystanę, idę dalej. Odpuszczam, medytuję, czasem się wkurwie tak po ludzku. Czasem bez sensu. Czasem się chce, czasem tak totalnie nie. Dwa kroki w tył, trzy na przód. Wiesz. Życie.

– No właśnie życie. Jesteśmy życiem. Żyjemy. Życie żyje przez nas. Wszystkich. Dla nas kwitnie. Jakie to uczucie? Oddychać życiem? Wiemy najlepiej. My. Ludzie.

– Co z tego wynika dla mnie, śmiertelnika? – pytam się, bo jakoś bym doprecyzował to połączenie, tej kosmogonii z życiem codziennym na Ziemi, planecie matce.

– No, co ci mogę powiedzieć. Po prostu bądź miły, nie przeklinaj, przeprowadzaj staruszki na pasach. Oto sens życia. – w tym momencie staliśmy już twarzą w twarz. Oko w oko. Jak lustrzane odbicie. Nasze źrenice zasysają światło jak czarne dziury i tworzą ze światła obraz w naszych głowach. Połączenie bezpośrednie. Patrzymy na siebie. Wnikliwie. Jaki ja zarozumiały jestem, a jaki mądraliński. Między nami dystans jednej, coraz głośniejszej ciszy. Amplituda wzrasta. Po czyjej stronie jest piłka, się zastanawiam? Kto powinien kopnąć?

– Piłka jest zawsze, po twojej stronie. – mówię mi w twarz. – Tyle na ten temat. Nie ma większej w tym filozofii. Proste „Zrób To Sam” duchowości w rzeczywistości. Cały czas chodzi o moje najmniejsze decyzje i ich świadomość.

Zamykam oczy. Otwieram. Dwadzieścia cztery miesiące podróży. To tylko miliardy drobnych decyzji. Miliony możliwości. Setki tysięcy dróg. Dziesiątki tysięcy porażek. Ja jeden. Kim wtedy będę, kiedy już nie będę tamtym mną, którym byłem. Jak trudno zerwać z tożsamością. Z postacią. Zawszę pragnę być jakiś.

– Bo nijakiś nie mogę znieść.

– No jakoś nie mogę.

– Pragnę. Ale tak pragnę, że jakoś nie mogę określić, jaki? Bo to, jaki chcę być, przecież jestem. Taki właśnie jestem. Taki chcę być. Nie chcę. Odkryłem w sobie zwierzę wojownika. Odkryłem ile wysiłku kosztuje ta wspinaczka. Dwa lata zmieniam i sprawdzam, co się dzieje. Chyba już wiem. Chyba zawsze wiedziałem. Coraz potężniej echo bicia mego serca roznosi się po jamie ciała. Ciśnienie krwi się wyrównuje. Ciało się prostuje. Ta podróż to taniec. Ten taniec to ja. Zatańczysz?

– Teraz? – Pytam siebie.

– A kiedy? – odpowiadam pytaniem na pytanie.

– A gdzie? – doprecyzowuję.

– No tu.

Piłka po mojej stronie.

Prev Post:

#24 - Excalibur