© 2019 Marcel Marcin Marczuk

24 miesiące teraźniejszości

#22 – Wojna

- 2019.04.02

[kolumny][lewa]

[/lewa][prawa]

1.04.2019

Wojna

Pustka, próżnia. Wszyscy dookoła mają wrażenie, że jestem tym, który walczy, zwycięża. A ja tym czasem cały czas mam wrażenie, że dostaje w pierdol po w pierdolu. Raz po raz. W łypę, w gębę. Że wszystko to, to upupienia przychodzące jedno po drugim. Wstaję na równe nogi, a z przodu słychać potężne:

– SIAD! – i bęc. Usadzony. Wstaję i bęc. Jak karmiony łyżeczką z wielką obietnicą, że kiedyś tam dostanę czerpak, a nawet dwa, cały garnek, garniec, wannę, basen, jezioro marzeń. Polsat się skończył wiele lat temu w moim życiu. Tymczasem siedzę. Na krześle. Piję łyk urodzinowego wina ze szklanki. Pyszne. Pisze. Zapisuję tą swoją historię choroby. Historię wpierdolu. Tego szarpania się ze sobą za habety jaźni.

– Co tu się wyprawia? – pytam siebie w tym wiecznym ze sobą dialogu.

Zaczerpnąć powietrza, za chwilę pełne zanurzenie. Ściągnięty pod wodę ciągów obowiązków. Rodzina, praca, 30 minut dialogu przy stolę i lecę na strych, do pracowni. Ewa usypia dzieciaki.

– Tatuś jedzie malować. – mówi Lilia ze smoczkiem w buzi.

– Jestem koparką. – dorzuca Mikołaj.

Koparką. Kopię. Wykopuję, ale tam nie ma skarbów to tylko ziemia i kamienie. Wsiadam w samochód i jadę. Wysiadło lewe światło przednie. Zepsuła się poduszka powietrzna. Gonię te osiem minut puławską. Na Mokotów. Mam nadzieję, że mnie nie zatrzymają, nie mam badań technicznych. Wszystko naprawię tylko potrzebuję chwili. Wbiegam na trzecie piętro schodami. Wchodzę. Odpalam światło, wraz z nim prąd dochodzi do starej wierzy na kompakty, którą dostałem na 18 urodziny. Play. Muzyka gra. Na ziemi rozłożone 6 zagruntowanych na czarno płócien. Kolejne warstwy czerni nakładam wałkiem. Czekam aż wyschnie. Sprzątam, słucham się krzątam i palę papierosy. Takie papierosy strychowe. Leżą tam awaryjnie. W razie potrzeby można popalić. W przerwie na schnięcie farby, albo na odchodne. Siadam w fotelu przy okienku, mam stąd widok na wszystkie obrazy i patrzę tak intensywnie, wnikliwie, w głowie malując brakujące fragmenty. Doskonale widzę, a kiedy papieros dobiega końca, już bez myśli, gestem w czynie madytacyjnym, powstaje coś innego, coś trzeciego. Mija cztery godziny. To była cudowna sesja. Dwa razu wychodziłem na siku do ogrodu. Jest już coś po północy. Zbieram się. Śpię z Mikołajem, musze go ubrać w skafander do spania, bo z kołderki się rozkrywa, i przenieść na łóżko w salonie, na którym koczuję po nocach. Ewa śpi z Lilią.

Pakuję wszystkie brudne od farb akcesoria. Wałek wyrzucam, bo już się do niczego nie nadaje. Klej puścił i gąbka spadła z plastiku. Wewnątrz smolista, olejna, matowa czerń nie do wywabienia. Do kosza. Pędzle od akryli myję wodą z butelki wlaną do starego dużego czajnika. Nie ma tu wody bieżącej ani ubikacji. Ten strych służył, jako suszarnia. W ciągu tego miesiąca dowiaduję się, że słabo tam cokolwiek schnie. Zwłaszcza farby olejne. Zaczynam przeczuwać, że farby nie wyschną do wystawy, a ja nie zdążę ze wszystkimi obrazami. Obiecałem 10. W grudniu namalowałem pierwszy. Okazało się, że użyłem farby wodnej, można go zmyć do czysta wodą. Tak zrobiłem. Zmyłem pierwszy obraz. Na jego miejsce namalowałem Matrycę dłoni. Marzec jeszcze 5 obrazów, ale nie wiem tego wtedy. Wydaje mi się, że ze 3 i nagle liczę i już wiem. Serce bije szybciej. Nie zdążę. Gdzieś tam po połowie marca spontanicznie decydujemy, żeby zaprosić Mamę ze Szczecina, aby przyjechała popilnować chore dzieci. 7 i pół godziny w pociągu. Mamy są niezawodne. To najlepsze zawodniczki naszej drużyny. W tydzień czasu wieczorami i po nocach siedzę na strychu w pracowni i śmiało kończę to, co zacząłem. Medytuję, oddycham, a potem palę papierosa i oddycham nim. Płuca pełne smoły. Najdziwniejsza relacja w moim życiu. Ja i papierosy. Maluję dalej. Czasem wpada też Misiek. Malujemy razem. On swoje ja swoje płótna. Trochę gadamy o wszystkich filozoficznych rzeczach współczesnych. Jest techno i jest porno. Kładziemy kolory na płótna. Muzyka się skończyła. Jakieś 2 godziny w ciszy pociągnięć pędzla. Gdzie wtedy jesteśmy. Gdzie są nasze umysły, a nasze serca. My? Do żadnego obrazu nie robię szkiców, nie planuję, co się wydarzy na płótnie. Siadam i maluję i w którymś momencie wiem, czym to ma nagle być. Tym się staje.

Przerwa techniczna. Teraz. Dziś. 22:29. Lila ma 40 stopni gorączki. Podajemy Nurofen.

Powrót na strych do wtedy. A wtedy z głośnika leci O.S.T.R, a innym razem Otis Redding. Potem Kazik „Melasa”. Piracka płyta kupiona za 20zł w 97, czy 98 na koloniach nad morzem. Pamiętam takie szczegóły. 20zł. Za pirata! Totalne zdzierstwo. Z dzieciaka z Białegostoku zedrzeć nad morzem, to się temu panu udało. W środku na drukowanej przez piratów okładce są zdjęcia Kazika, z tabliczką leków w buzi i podpis: Jak kupujesz piraty to spierdalaj! – coś takiego, teraz parafrazuje, ale dociera to do mnie dopiero po powrocie z kolonii. Piękna ironia.

Papierosek rozchodniaczek. Na sam koniec. Siedzę w kłębach dymu i kminie, co jutro gdzie namaluję. Dogaszam i zdejmuję robocze buty, roboczy dres i kurtkę. Zakładam swoje domowe ciuchy, zbieram wszystkie pędzle i wałki pozawijane w folię po odpakowywaniu płócien. Żeby nie zaschły. Do plecaka. Wyłączam światło, cichnie muzyka. Jeżeli jeszcze grała. Zbiegam do samochodu i ruszam do domu, do łóżka. Zanim się położę jeszcze musze umyć wszystkie pędzle. Kiedy jest u nas mama, śpię pod biurkiem w pracowni do prac komputerowych. Ewa śpi z dziećmi.

Golę głowę przed kąpielą. Ciepły prysznic. Na koniec zimny prysznic, tak z 2 minutki. To już nie robi takiej różnicy. Lodowata woda spływa po plecach, a ja na głos powtarzam sobie.

– Jesteś gotowy, jesteś gotowy, jesteś gotowy! Nigdy nie byłeś i nie będziesz bardziej gotowy niż jesteś. Jesteś gotowy teraz. Teraz jesteś. Gotowy. – po cichu w myślach pytam siebie – na co?

– Jesteś gotowy, aby być sobą. Jesteś gotowy, aby odpowiadać za to, co wysyłasz w przestrzeń. Jesteś gotowy, aby stawić czoła ostatecznemu wpierdolowi od samego siebie dla samego siebie. Prosto na twarz lecą buły. Prosto na serce kopy. I z główki w samo sedno duszy. Nożem pod żebra niepewności. Strachem się biję po karku. Strachem przed samym sobą, przed tym, że się nie przyjmę, że nie zaakceptujecie tego, czym naprawdę jestem. Sobą. Dzieje się to w dzień wystawy. Adrenalina zabiera mój umysł w niebyt. Ciężko mi się nawiguje. Jest Misiek i Bach. Wieszają obrazy ja tylko mówię gdzie i co. Bez nich nie poradziłbym sobie.

Wieczorem stoję ubrany we frak, wyglądam przez szybę w „Bez Słowa”. Stoję znieruchomiały, bo to już dziś. 30 marca. Wielkie otwarcie wystawy. Mojej pierwszej solowej wystawy. Obrazy powstały w 4 miesiące. Dla mnie to wyczyn. Jestem z siebie dumny. Udało się. Jest 10 obrazów. Jest historia. Jest eksponat buddy. Ja jestem. Jest dobrze. Przyszło trochę ludzi, możemy pogadać o rozumieniu rzeczywistości, samego siebie. O wiecznie kształtujących się komórkach w matrycy, z której kiedyś odleję formę. Potem wychodzę do ogniska i trafiam na tą kobietę. Wstaje podaje mi rękę i pyta skąd czerpię inspirację. Mówię jej, że z transformacji a ona wybucha dość irytującym śmiechem prosto w twarz. Nie rozumiem jej reakcji. Pytam: jakiej odpowiedzi oczekujesz? A ona gmatwa się i wybucha jeszcze raz. Mówię jej o tym, co przeżywam teraz, tak szczerze, a ona raz po raz wybucha mi śmiechem w twarz. Nie odchodzę. Dostając tą porcję wpierdolu myślę sobie NIE! Zostanę tu. Opowiem ci, co myślę. Ona pyta dalej, że jakiej transformacji, jakiej osobowości gubienie ci chodzi. Czuję, że wyzywa mnie na pojedynek, na sprint do sedna siebie, abym objawił jej tę jedyną prawdę, której oczekuje. Abym objawił ją sobie. Więc idę, truchtam, biegnę do siebie i przynoszę jej kolejne zdania o sobie. Jeszcze przez chwilę wybucha tym irytującym chamskim śmiechem we mnie. Przestaje w końcu, opuszczają ja oczekiwania, patrzy na mnie już inaczej, patrzę jej prosto w oczy i odbijam się obnażony, kiedy opowiadam jej wszystko w skrócie. Już jej się buzia nie uśmiecha. Nie wie, co powiedzieć. Odchodzę uwalniając się od tej groteski, która tu zaszła i nie wiem czy to była najbardziej głęboka dla mnie rozmowa tego wieczora czy najbardziej płytka. Nie wiem, co chciała uzyskać, pośmiać się ze mnie, czy ze mną. Nie wiedziała, co powiedzieć. Nie wiedziała czy jeszcze się śmiać. Ja wiedziałem, kim jestem, tak poważnie patrzyło mi z oczu, tak bardzo wczułem się w siebie, tak bardzo byłem. Szarpnięty, ale nieporuszony w sobie. Przez ten moment była moim krzywym zwierciadłem, ale to wyprostowałem, bo nie lubię ignorantów, ludzi pogubionych, którzy chcą pogubić innych. Mogłem po prostu odejść po pierwszym roześmianiu. Zostałem do ostatniej nutki. Pośród tych wszystkich wspaniałych rozmów, tylko ta zmusiła mnie do nowych uczuć, do nowych myśli. Moja rozmówczyni wydawała się nieco upośledzona umysłowo, ale ta relacja zostawiła jakiś trwały ślad. Mogłem odejść. Zostaje. Walczę. Nie z nią, bo naprawdę nie ma z kim. Walczę ze sobą. O co? O siebie. Czy ja naprawdę rozumiem, kim jestem? Czy jestem świadomy tego, co robię i dlaczego to robię. Dla kogo i po co. I dostaję w pierdol. I walczę. I dostaję. I walczę. Jestem baranem, ogniem, Aresem, bogiem wojny, a w sercu noszę pokój, miłość dla ludzi. Dla siebie mam wojnę. Ze sobą.

– Rozejm?

– Już prawie, już za chwilę…

[/prawa][/kolumny]