© 2019 Marcel Marcin Marczuk

24 miesiące teraźniejszości

#20 – Idzie zuch

- 2019.04.02

[kolumny][lewa]

[/lewa][prawa]

04.11.2018

Autoportret

– Tatusiu, kochasz mnie? – pierwszy raz w życiu pyta mnie Lilia. Pyta mnie tak jak ja ją zawsze pytam. Ona odpowiada, że tak. Ja mówię, że bardzo. Ona się wtula we mnie, energicznie, na chwilę, bo w jej przypadku raczej rzadko trwa to dłużej niż chwilę. Odbiega gdzieś w zgiełk zabawy wzrokiem łapiąc, co robi Mikołaj. Patrzę na nich i myślę, sobie, że tych dwoje od brzuszka jest razem. Lila czasem szarpie Mikołaja, Mikołaj ją popycha. Lubią siebie. Mikołaj przynosi smoczek Lili, kiedy łzy rozpaczy zalewają jej policzki. Głaszczą się po głowach. Pani w żłobku powiedziała, że Lila jest troskliwa, dba o Mikołaja. Zawsze, kiedy odbieramy dzieciaki ze żłobka, to wpadają nam w ramiona. Mikołaj wybiera Ewę, a ja zostaję dla Lili. Zaakceptowała ten fakt. Jesteśmy na etapie – córeczka tatusia. Mikołaj od miesięcy jest na etapie „Koparka”. Przedwczoraj jadąc ze żłobka zaintonował pieśń z prostymi słowami „Niech żyje koparka” powtarzanymi rytmicznie w nieskończoność. Przy pierwszych światłach wszyscy zaczęliśmy intonować razem. Po 3 światłach trzeba było zmienić playlistę.

– Idzie zuch… – zaczynam.

– wicher dmucha. – Miki.

– I do tyłu ciągnie…

– Zucha! – Lila

– Ale zuch się nie przejmuje i wesoło maszeruje. – Ewa.

Tą piosenką można streścić styczeń. Zima w tym roku wyjątkowo krótka. W powietrzu czuć wiosnę. Walentynki. W tym miesiącu zupełnie zapomniałem o teraźniejszości. Rozpuściła się po kątach teraźniejszości. Działa się mnóstwo rzeczy, które mocno osadzały mnie tu i teraz. W wolnych chwilach myślałem o ucieczce z teraźniejszości. Dlaczego tak lubimy, tak chcemy, tak uciekamy z chwili obecnej? Dokąd? W kółko marzy się nam jakieś więcej. Rzadko, kiedy jakieś mniej. Coś dodać. Może to cały czas chodzi o to, aby coś odjąć. Najpewniej dodać i odjąć, aby pozostało w równowadze. Tyle dodać ile odjąć. Balans. Mam poczucie, że coś się zmieniło. Jakbym się przebił przez niewidzialną błonę swoich własnych wierzeń. Cały ten projekt poświęcony jest chwili obecnej i w jednej chwili poczułem, że jestem już na właściwej fali, radio mojego życia dostroiło się ze mną. Bywam w teraźniejszości częściej, coraz częściej. Tak samo intensywnie zapominam się gdzieś pomiędzy przyszłością, a czasem przeszłym. Tyle zmian, czas płynie coraz szybciej. Rzeczy dzieją się intensywnie. Nowa wiedza, nowy model biznesowy, nowe układy i systemy. Nowe kontakty, kontrakty. Płynie prąd. Energia. Uwielbiam pracować z ludźmi. Rozmawiać i rozwiązywać problemy. A potem się wyciszyć, odsapnąć, wypuścić parę tego nabuzowania energetycznego, tej elektrycznej adrenaliny, która pieści od wewnątrz, chcąc wyjść z ciała. Uwolnić się.

Tymczasem totalna nieregularność. Wszystkie rzeczy naraz szukają swojej drogi. Przeplatamy się krokami jak w tańcu. Po śniadaniu walc, do obiadu salsa, na kolację pogo. Dziś tango jutro foxtrot, a tu zwykła zabawa w remizie. Z dzieciństwa. Na scenie zespół na żywo i my na tyłach klubiku, w kanciapie z oknem na salę, schowani popalamy papierosy dostane od starszych braci i sióstr. Zaplątane wspomnienia z tamtych teraźniejszości. Dziś pompki. Sto w dwóch seriach. Rano. Południe. Wieczór. 150. Ciało twarde. Wróciliśmy kiedyś z Ewą o 8:30 ze żłobka. 15 minut ćwiczeń przed śniadaniem. Organizm pobudzony, miły. Teraz dziś, świeżo po jakiejś wirusówce. Żadnych ćwiczeń. Jeszcze nie w pełni sił. Jeszcze czuję to wiotkie ciało. Wyssane z energii. Zdaje sobie sprawę, że zupełnie niezauważalnie przeszliśmy ze stycznia w luty. 14. Połowa miesiąca. Gładko. Na chorobowym. Katar ustał. Nos pełny. Kawa. Patrzę na fluorescencyjny plakat do tego tekstu i myślę, co on tak naprawdę wyraża? Mnie. Mój stan. Doświadczenie mijającego czasu. Zacząłem od plakatu ze swoją podobizną. Rozwijam się w wielokrotności, powielenia postaci, multiplikacje. Wiele mnie we mnie. Jednocześnie obrazuje to podróż, zmianę, dziejącą się w czasie rzeczywistym. Przechodzę przez kolejne wymiary siebie. Czasem, kiedy już myślę, że mam to w garści, to to mnie ma. TO. Co to jest? Gonię. Orientuję się, że jednak uciekam. No to zmiana kierunku. Gonię. Orientuję się, że… Stop. Gdzie to się wszystko wydarza. Na pierwszym piętrze, między blokami. „Akademiki dla dorosłych ludzi” – ktoś kiedyś powiedział. Pomiędzy piętrami wydarzają się dialogi. Samego siebie z samym sobą. W środku. Mówię sobie:

– Jesteś baranem, synem lwa, bratem wodnika, tatusiem dwóch wag, kochankiem raka, fanem słońca i entuzjastą życia. Twoje serce bije wibracją pasji. Jesteś tym, kim chcesz być. Kim jesteś? Tu i teraz?

– Niech żyje koparka! Niech żyje koparka! Niech żyje koparka! Niech żyje koparka! Niech żyje koparka! Niech żyje koparka! Niech żyje koparka! Niech żyje koparka!…

I przebijam się przez tą zasłonę z wierzeń, w które już nie wierzę. Poczucie zmiany fali. Poczucie pełni. Oddech głęboki. Zmienia się wszystko. Pracuję na stojąco. Wychodzę z pod lodowatego prysznica, pobudzony, rześki. Ciepło. Za szybko jeżdżę po mieście. Za wolno sprzątam w mieszkaniu. Bardzo kocham. Radosny, kiedy maluję. Wydaje się, że nadal jakiś wiatr wieje w twarz, ale…

– Ale zuch się nie przejmuje i wesoło maszeruje.

[/prawa][/kolumny]

Prev Post:

#19 - Jest dobrze